Wojna na Bliskim Wschodzie świetnie pokazuje, co to znaczy dla naszych kieszeni, że musimy importować paliwa. Teraz wyobraźmy sobie, co będzie znaczyło dla Polski, jeśli będziemy uzależnieni trwale od importu prądu. Taka wisi nad nami groźba - mówił lider Partii Razem Adrian Zandberg podczas wywiadu, którego udzielił Kamili Jabłonowskiej.
Z czym Pan przyjechał do Elbląga?
Z planem zmian. Bo jest wiele spraw, w których Polska potrzebuje szybkiej zmiany. Dekady rządów, które nie myślały o przyszłości, mocno na nas mocno mszczą.. Energetyka – wkrótce zaczną padać bloki węglowe, stare, wyeksploatowane, zbudowane za Gierka. Będziemy mieć problem z energią i to na dużą skalę. Wojna na Bliskim Wschodzie świetnie pokazuje, co to znaczy dla naszych kieszeni, że musimy importować paliwa. Teraz wyobraźmy sobie, co będzie znaczyło dla Polski, jeśli będziemy uzależnieni trwale od importu prądu. Taka wisi nad nami groźba - konsekwencja tego, że w ciągu dwóch dekad rządy nie wybudowały ani jednej elektrowni jądrowej. I nie jest to jedyny duży problem przed Polską.
Podczas spotkania wspominał Pan, że służba zdrowia ma problemy.
Przede wszystkim - jest trwale niedofinansowana. Wydajemy za mało na publiczną ochronę zdrowia, przez co w praktyce trwa prywatyzacja. Ludzie płacą duże pieniądze, bo nie są w stanie doczekać się na wizytę u specjalisty. To rodzi wiele patologii - w niektórych szpitalach rozpleniła się niestety praktyka, że zanim się pójdzie na zabieg czy operację, najpierw trzeba iść do prywatnego gabinetu, do tego samego lekarza. Powinniśmy w końcu tę patologię przeciąć.
A jak ocenia Pan nakłady na edukację w Polsce?
Od nauczycieli, od studentów, od naukowców - od wszystkich słyszę to samo: rozczarowanie. Miliony ludzi liczyły na to, że nowy rząd coś tu zmieni. A jest - stara bieda. Jak spojrzymy na naukę, badania i rozwój, to mamy jedne z najgorszych budżetów od lat. Młodzi naukowcy nadal wyjeżdżają z Polski. My zajmujemy się pasjonującą telenowelą „co pan Kaczyński panu Tuskowi”, a „co pan Tusk panu Kaczyńskiemu” - a w międzyczasie tracimy kolejne szanse rozwojowe. Inna sprawa, że ta telenowela jest już zwyczajnie toksyczna. Zabija w polityce kulturę współpracy.
W każdym temacie?
W bardzo wielu. Zmienia się władza, wszystko idzie do kosza i zaczynamy od początku. I tak co parę lat. Polski nie stać na to, żeby przez kolejną dekadę to tak wyglądało.
Czy uważa Pan, że uda się politykom różnych opcji współpracować chociaż w temacie obronności?
Sprawa SAFE pokazała, że nie. To, co się dzieje jest kuriozalne. Mamy sytuację, w której możemy skorzystać ze środków europejskich, co się po prostu opłaca. Narodowy Bank Polski mówi, że jest w stanie postawić dodatkowe środki w związku ze zmianami cen złota. Zamiast rozmawiać o tym, że mamy dobrą okazję, żeby skorzystać z jednego i z drugiego, trwa chaotyczna szarpanina. Zresztą zagrożenia, które nad Polską wiszą, nie dotyczą tylko tego, ile mamy armat. Bezpieczeństwo energetyczne, bezpieczeństwo lekowe, suwerenność technologiczna - wszędzie straciliśmy czas.
Czeka nas trzecia wojna światowa?
Nie jest potrzebna wojna światowa, nie musi spaść ani jedna bomba, żeby Polskę zdestabilizować. Trzeba przygotować
naszą gospodarkę i społeczeństwo na to, żebyśmy byli bardziej odporni.
A jak Pana zdaniem ta odporność dziś wygląda?
Źle. Praktycznie nie mamy produkcji substancji czynnych do leków. To oznacza, że leki, które setki tysięcy Polaków przyjmuje każdego dnia, sprowadzamy się w znacznym stopniu z Indii i z Chin, czyli krajów, które mają bliskie relacje z Rosją. Jedna polityczna decyzja w tamtych krajach może nas odciąć od leków przeciwzapalnych, przeciwgorączkowych, dla cukrzyków. To jedna ze spraw, w których nie ma już czasu do stracenia. Pytała Pani, z jakim komunikatem przyjechałem do Elbląga? Właśnie z takim - nie ma czasu do stracenia.
Szczególnie w tych regionach, gdzie Rosja jest na wyciągnięcie ręki, pojawia się obawa czy nie dojdzie do ataku. Czy uważa Pan, że jest to realne zagrożenie i czy w razie potrzeby będziemy w stanie się obronić?
Nic nie jest zero-jedynkowe - wrogie działania, destabilizacja mogą mieć miejsce także bez pełnoskalowej wojny. To bardziej prawdopodobne niż otwarty konflikt. Świat się zmienia. Stany Zjednoczone są coraz mniej zainteresowane Europą i to się raczej nie zmieni. Nie ma co zachowywać się jak PiS, który uważa, że jak się będzie podlizywać temu czy innemu politykowi w Stanach, to zapewni nam szczególne traktowanie. To tak nie działa. Powinniśmy pogłębiać współpracę przemysłową i obronną z innymi krajami
regionu Morza Bałtyckiego, z krajami skandynawskimi, z którymi mamy podobną ocenę zagrożeń. Czas, by Polska przejęła większą odpowiedzialność za siebie. Przestańmy sami siebie umniejszać, myśleć, że nas na to nie stać.
A stać?
Skoro jesteśmy 20. gospodarką świata, to czas wyciągnąć z tego konsekwencję i zacząć inwestować jak 20. gospodarka świata, myśleć o przyszłości jak 20. gospodarka świata. Wreszcie - zbudować ochronę zdrowia i edukację godną 20. gospodarki świata, a nie 60. gospodarki świata.
Zmiany technologiczne pokazują jak rynek pracy się zmienia, albo może się zmienić. Jak widzi Pan przyszłość rynku pracy w tej sytuacji?
AI mocno się rozwija. Pytanie, czy niektóre miejsca pracy za 2-3 lata nadal będą istnieć, jest realne - tłumaczenia, księgowość, usługi dla biznesu... Czy będziemy gotowi, jeśli wskaźniki bezrobocia w tych branżach pójdą znacznie w górę, gdy będzie o stabilną pracę? Mamy poczucie, że ministerstwo pracy o tym wcale nie myśli. Właśnie 1,5 mld zł zostało zabrane z dokształcania, pomocy dla szukających pracy. To bardzo krótkowzroczne myślenie. Rząd zachowuje się tak, jakby przyszłości miało nie być. Wszelkie działania każdego rządu opierają się na posiadanym budżecie. Jego wielkość zależy od podatków pobranych od obywateli.
Jak Pan planuje zmienić system podatkowy, żeby na wszystko starczyło i Polacy byli zadowoleni?
Razem opowiada się za jednolitą, progresywną daniną. Wszyscy według tych samych zasad - bez świętych krów. Bo to jest postawione na głowie, że polskie państwo utrzymują pracownicy, a najbogatsi biznesmeni praktycznie się nie dorzucają. mamy super niski podatek, wręcz śmieszny podatek korporacyjny. To się musi skończyć. Oni też muszą dorzucać się do wspólnej kasy. Tam są pieniądze na lepsze szkoły, na krótsze kolejki do lekarza.
Od jakiej zmiany należałoby zacząć?
Wszystko zaczyna się od zmiany politycznej. W naszym przypadku - od tego, żeby pożegnać dwóch panów, którzy od 20 lat Polską rządzą. Ich polityka nie jest o przyszłości, tylko o nakręcaniu nienawiści. W ogóle ich nie interesuje, gdzie będziemy za 10 lat - to nie jest historia o nich, więc nie są nią zainteresowani. Czas w końcu zarówno panu Kaczyńskiemu, jak i panu Tuskowi podziękować za ciężką pracę dla ojczyzny i odesłać ich na emeryturę. Także o tym będą kolejne wybory.
Uważa Pan, że partia Razem jest alternatywą dla dotychczasowych rządów? Jak rozwinęła się w ciągu ostatnich 10 lat?
Razem to jedyna szansa na to, żeby polityka zaczęła być o przyszłości, żeby przełamać tę PO-PiSową wojnę domową. Po wyborach prezydenckich szybko rośniemy - do partii zapisały się tysiące osób w całym kraju. Przygotowujemy się do startu wyborczego w 2027 r. we wszystkich okręgach wyborczych.
Na ile mandatów liczycie?
Nie będę rzucać konkretnej liczby - kluczowe jest to, żeby nie dało się stworzyć rządu, większości bez głosów Razem. Wtedy będziemy mogli wymusić realne zmiany. Ta ekipa, która teraz rządzi, sama z siebie niczego nie ruszy do przodu - to już wszyscy widzą. My wierzymy, że Polska zasługuje na lepszy wybór niż między Tuskiem a Czarnkiem, między rządem rozczarowania a rządem fanatyków. A Razem jest po to, żeby w końcu ruszyć do przodu.
Dziękuję za rozmowę.


Z Adrianem Zandbergiem rozmawiała









