Pluszowa kostka pozostawiona w wojskowym depozycie postawiła na nogi służby. Jednostkę wojskową przy ul. Łęczyckiej ewakuowano, na miejsce skierowano pirotechników i zespoły chemiczne. Dziś już wiemy, że za wywołanie fałszywego alarmu mają odpowiadać ojciec i syn, mieszkańcy powiatu elbląskiego. Co jeszcze ustaliła prokuratura?
Do zdarzenia doszło w poniedziałek, 31 sierpnia, około godz. 15 w jednostce wojskowej przy ul. Łęczyckiej. Jak ustaliła prokuratura, 31-letni Radosław H. umieścił w skrytce depozytowej przy wejściu do jednostki niewielką pluszową kostkę. Zamknął skrytkę, klucz wyrzucił do studzienki i oddalił się. To zachowanie zwróciło uwagę żołnierzy. Nie było wiadomo, co znajduje się w zamkniętej skrytce, więc na miejsce skierowano pirotechników oraz zespoły chemiczne. Zarządzono również ewakuację jednostki.
Radosławi H. umieścił w skrytce depozytowej, która znajduje się przy wejściu do tej jednostki wojskowej, taką niewielką pluszową kostkę. Następnie skrzynkę zamknął, klucz wyrzucił do studzienki i szybko się oddalił. Jego zachowanie zaniepokoiło żołnierzy, którzy obserwowali poczynania mężczyzny, co w rezultacie spowodowało reakcję służb. Ponieważ nie było wiadomo, jaka jest zawartość skrytki, na miejsce przyjechali pirotechnicy, zespoły chemiczne i inne służby. Zarządzono ewakuację. Ostatecznie okazało się, że jest to całkowicie niegroźny obiekt
– mówi prokurator Daniel Brodowski, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Olsztynie.
W działaniach brali udział funkcjonariusze Komendy Miejskiej Policji w Elblągu oraz żołnierze Oddziału Żandarmerii Wojskowej w Elblągu. Sprawa jest prowadzona pod nadzorem Działu ds. Wojskowych Prokuratury Rejonowej Olsztyn-Południe. Mężczyźni zostali szybko ustaleni i zatrzymani. Prokuratura przedstawiła zarzuty 31-letniemu Radosławowi H. oraz jego 54-letniemu ojcu Markowi H. Obaj są mieszkańcami powiatu elbląskiego i, jak ustalono, nie mają żadnych powiązań z wojskiem.
Śledczy zarzucają im, że działając wspólnie i w porozumieniu, wiedząc, że zagrożenie nie istnieje, stworzyli sytuację mającą wywołać przekonanie o istnieniu zagrożenia życia lub zdrowia wielu osób. Chodzi o czyn z art. 224a § 1 Kodeksu karnego, za który grozi od 6 miesięcy do 8 lat więzienia.
Radosław H. przyznał się do zarzutu. Jego wyjaśnienia są obecnie weryfikowane przez prokuraturę. Marek H. nie przyznał się do winy. Jak wyjaśniał, był na miejscu i odebrał syna samochodem, jednak nie miał świadomości tego, co 31-latek robił na terenie jednostki.
Wobec mężczyzn zastosowano środki wolnościowe, czyli dozór policji i zakaz opuszczania kraju. Jak ustalono, Radosław H. był wcześniej karany, ale za przestępstwa zupełnie innego rodzaju, kierowanie w stanie nietrzeźwości oraz przestępstwa przeciwko mieniu. Marek H. nigdy nie był karany. Postępowanie jest w toku, sprawdzamy wszystkie okoliczności
– dodaje prokurator Brodowski.











Niektórych myślenie boli.