Środa, 23.10.2019, Imieniny: Marleny, Edwarda, Seweryna
Nie masz konta? Zarejestruj się »
zdjęcia
filmy
baza firm
reklama

Podstrony / Legendy

  • LEGENDA O DIABELSKIM KAMIENIU
  • W wielu miejscach z wartkich nurtów rzek i potoków sterczą głazy narzutowe. Potężny głaz - Diabelski Kamień - leży w korycie Srebrnego Potoku. Związana jest z nim legenda. Otóż kiedy w Elblągu budowano kościół św. Mikołaja, zjawił się u księdza diabeł.

    - Co budujesz? - spytał.

    - Karczmę - odpowiedział ksiądz, licząc na to, że diabeł pomoże mu przy budowie.

    Rzeczywiście, uradowany diabeł począł znosić kamienie. Składał je na miejscu budowy każdej nocy. Kiedyś jednak nie pokazywał się przez dłuższy czas. Pod jego nieobecność ściany kościoła podciągnięto aż do dachu. Aby nadgonić stracony czas, chwycił diabeł największy kamień i pospieszył z nim do Elbląga. Kamień był tak ciężki, że diabeł miał z nim duże problemy. Musiał zniżyć swój lot, a czasami odbijał się jedną nogą od ziemi. W jednym miejscu w pobliżu Srebrnego Potoku nadepnął na leżący na ścieżce kamień. Do dzisiaj na tym kamieniu znajduje się odcisk czarciej łapy. Można go zobaczyć na czerwonym szlaku kilkaset metrów za Mostkiem Elewów. Ale potężny głaz nie dotarł do Elbląga. Diabeł usłyszał dzwony kościelne cisnął głaz ze złością do potoku, gdzie leży po dziś dzień.

     

  • LEGENDA O WZGÓRZU MARII
  • Wędrując po Bażantarni niebieskim - górskim szlakiem napotykamy wzgórze nazwane Wzgórzem Marii. Dzisiejsze miejsce zawieszenia tabliczki nie jest właściwe. Nazwa Wzgórze Marii, znana jeszcze sprzed wojny, dotyczyła innego miejsca. Na starych mapach wzgórze to znajdujemy bardziej na zachód, bliżej zabudowań obecnego leśnictwa Dębica. Tę nazwę nadali mu zapewne turyści odwiedzający te tereny w XIX w. Gościli oni często w tej części lasu nazywanej Pharrwalde, gdyż w przeszłości należała do kościoła parafialnego św. Mikołaja. W miejscu obecnej leśniczówki (wybudowanej od nowa na dawnych fundamentach) stała kiedyś tzw. Plebanka - gajówka. Mieściła się w niej niewielka gospoda. Spacerowicze mogli tu odpocząć i pożywić się na świeżym powietrzu. Bogaci elbląscy mieszczanie chętnie odwiedzali rejon Góry Chrobrego (dawniej Thumberg) oraz sąsiedni las Vogelsang. Nastała właśnie moda na wędrówki, poszukiwanie kontaktu z przyrodą, podziwianie pięknych krajobrazów. W Plebance mieszkał wówczas gajowy z jedyną córką - Marią. Dziewczyna, choć uboga, zwracała na siebie uwagę nieprzeciętną urodą. Z miłym uśmiechem usługiwała wędrowcom zatrzymującym się w gospodzie. Żaden z nich jednak nie potrafił zdobyć jej względów. Tak było do dnia, w którym w Plebance pojawił się pewien przystojny młodzieniec - syn bogatego kupca. Niestety w legendzie nie zachowało się jego imię. Piękna Maria od razu mu się spodobała, więc zaczął się do niej zalecać. Jego zabiegi nie pozostały bez oddźwięku i wkrótce rozkochał w sobie dziewczynę. Zaczęły się potajemne schadzki na skraju lasu. Zwykle jednak spotykali się ukradkiem na wysokim wzgórzu za leśniczówką, z którego wówczas rozpościerał się piękny widok na okolicę, gdyż jego czubka nie porastał tak gęsty las jak obecnie. Na szczycie wzgórza siadywali, trzymając się za ręce i marzyli o wspólnej przyszłości. Najwyraźniej młodzieńcowi nie zależało tak bardzo na Marii, bo kiedy ojciec zechciał wysłać go na naukę fachu kupieckiego do dalekich Niemiec, nie protestował. Ruszył w świat i pełne wrażeń życie pochłonęło go tak dalece, że zapomniał o ukochanej pozostawionej w podelbląskich lasach. Podobno w odległych krajach znalazł sobie bogatą żonę i miał z nią sporą gromadkę dzieci. Sam wzbogacił się na handlu i osiadł w jakimś porcie nad Morzem Północnym. Tymczasem Maria wiernie na niego czekała zwiedziona słodkimi obietnicami. Miała zwyczaj nadal siadywać na szczycie tego samego wzgórza. Stamtąd spoglądała na drogę, którą odszedł ukochany, wypatrując jego powrotu Tak mijały lata... Maria dziwaczała coraz bardziej w swej samotności. Odrzucała zaloty innych młodzieńców. Wędrowała samotnie po zalesionych wzgórzach nad Srebrnym Potokiem, plotła wianki na leśnych polanach. W końcu zgasła z żalu i tęsknoty, a dawni turyści upamiętnili jej piękną acz smutną postać nazywając jej imieniem wysokie wzgórze w pobliżu Plebanki.

     

  • CHCIWY CZARNOKSIĘŻNIK I DIABEŁ Z BAŻANTARNI
  • Niedaleko Bramy Targowej, na Starym Rynku w Elblągu, żył sobie „czarnoksiężnik” - Józef Kiliar. Był on tak skąpy, że odżywiał się tylko rybami przywożonymi na rynek przez rybaków. W dużej piwnicy, znajdującej się pod domem, w żelaznym tyglu, gotował ciągle jakieś zioła, piasek z Mierzei Wiślanej, grudki jantaru zawierającego odciski ważek i owadów. Mówiono w mieście, że Kiliar gotuje złoto. Pomimo licznych prób, nie udało mu się jednak wuażyć złotego piasku. Śmieli się z Kiliara sąsiedzi:

    - Wziąłbyś się, bracie, do handlu - mówili. - Tak jak twój ojciec, miałbyś z tego złoto.

    Wściekał się Kiliar. Na złość wszystkim sąsiadom postanowił zdobyć złoto, nawet kosztem własnej duszy. Wiedział, że w Bażantarni - gdzie dziś są jeszcze ślady starego młyna, nad strumykiem - można o północy spotkać diabła. Podpisze cyrograf na duszę i będzie miał złoto, dużo złota: monety, sztaby, złote naczynia. Wtedy pokaże sąsiadom, co ugotował w tyglu. Nie będą się śmiać z Kiliara i namawiać go do handlu albo pracy w rzemiośle. Sporządził w domu cyrograf. Piórem, wyrwanym czarnej kurze ze skrzydła w czasie pełni księżyca, podpisał krwią z żyły diabelski dokument. W noc, kiedy sztormowe fale Zalewu biły o brzegi, zjawił się Kiliar przy starym młynie w Bażantarni. Tu zaprzysiągł szatanowi swą duszę w zamian za złoto, dużo złota...

    Diabeł z Bażantarni przybrał tym razem postać dużego niedźwiedzia. Siedział na starym dębie i piał z radości jak kogut. Później już ludzkim głosem nakazał Kiliarowi złożyć cyrograf pod stare koło młyńskie.

    - A teraz łap złoto - krzyknął do elbląskiego czarnoksiężnika. Niby grad posypały się z góry złote dukaty. Ale gdy tylko któraś dotknęła ciała Kiliara, w miejscu tym robiły się wrzody.

    - Łap złoto, łap złoto - krzyczał diabeł. Piekielny ból i strach powaliły Kiliara na ziemię.

    Na drugi dzień znaleziono Kiliara w lesie leżącego pod dębem, tuż obok koła młyńskiego. W martwej, zaciśniętej dłoni trzymał kilka kamieni. Zabiła go chciwość. Starzy ludzie mówią, że w miejscu, gdzie Kiliar w Bażantarni sprzedał diabłu duszę, podobno straszy.

    Inne zakończenie tej legendy mówi, że Kiliar wrócił z Bażantarni poparzony i z bardzo oszpeconą twarzą. Od tej pory jeszcze bardziej stronił od ludzi.

     

  • PODANIE O GŁAZIE PUSTELNIKA
  • W Bażantarni u zbiegu dwóch strumieni - Stagniewskiego Potoku i Srebrnego Potoku - leży ogromny głaz narzutowy. Nazywano go kiedyś Dziadowskim Kamieniem albo Głazem Pustelnika. Niektórzy znali go też pod nazwą Głazu Kiliana - od słynnego elbląskiego czarownika Kiliana Schmidta żyjącego w XVII w. w majątku Eichwald (Dębowy Las). Ów czarownik, chcąc poznać tajemnicę uzyskiwania złotego kruszcu, wszedł w pakt z diabłem i zaprzedał mu duszę. W zamian diabeł usługiwał mu i pomagał w czarach.

    Kiedyś Kilian wybrał się do lasu w poszukiwaniu magicznych ziół potrzebnych do sporządzania leków i maści. Zapędził się aż w okolice obecnego Stagniewa. W owych czasach, w leśnym ostępie rozpościerającym się obok tej miejscowości, osiedlił się starzec -pustelnik. Wiódł on wielce świątobliwy żywot, jadając tylko dary natury. Ludność okoliczna darzyła go wielkim szacunkiem, często zwracała się z prośbami o rady lub pomoc, zwłaszcza w duchowych rozterkach. Zwierzyna leśna również pokochała dziada- pustelnika. Sarny przychodziły pod sam próg jego leśnej siedziby, ptaki dziobały mu ziarna wprost z ręki.

    Na chatkę tego właśnie świętego starca natrafił w lesie czarownik Kilian. Przenikliwe oczy pustelnika od razu wniknęły w głąb jego mrocznej duszy i odgadły, z kim mają do czynienia. Pustelnik zapragnął ocalić grzesznego Kiliana i wdał się z nim w dysputę, sławiąc siłę bożej miłości, wiarę i dobroć. Aliści choć mądre były jego słowa, nie na wiele się zdały. Kilian w swej zatwardziałości nie chciał wysłuchać świętego starca, a nawet jął go przekonywać, że to jego czary i magia większą mają siłę od cnót chrześcijańskich. Zapragnął zademonstrować swoją potęgę i zdruzgotać naiwną wiarę leśnego dziadka. Obok chaty, na poły wrosły w ziemię i okryty kobiercem zielonego mchu, tkwił od prawieków ogromny głaz przyniesiony tu jeszcze przez lodowce. Rzekł tedy Kilian, że mocą swoją głaz ów wyrwie z gleby, uniesie w powietrze i przerzuci go na drugą stronę jaru, nad brzegiem którego mieszkał starzec. Tak się też stało. Zdumiony pustelnik ujrzał, jak głaz, wyrwany nadludzką siłą (bo zapewne za sprawą czarta), uniósł się w górę i sunął w powietrzu ponad lasem. Gdy był już nad jarem kryjącym w głębinie leśny strumień, pustelnik wiedziony jakąś przemożną siłą (a może świadomością, że nieczysta to sprawa), przeżegnał się. Znak krzyża sprawił, że czary Kiliana straciły swą moc i głaz runął w dół łamiąc z trzaskiem drzewa. Czarownik jak niepyszny odszedł i nigdy więcej się tam nie pokazał.

    Głaz leży po dziś dzień nad Stagniewskim Potokiem, w ustroniu rzadko odwiedzanym przez ludzi. Podobno nocą można tam ujrzeć czarta, jak miota się i mocuje, aby ów głaz wydźwignąć z dna jaru i zanieść tam, gdzie mu kazał Kilian. Widać nie może zapomnieć jego i swojej klęski.

     

  • SPRAGNIONY PIELGRZYM
  • Rzecz cała dzieje się po wybudowaniu zamku w Malborku (1309) a jeszcze przed bitwą grunwaldzką (1410). Gdzieś około roku 1390 pewien rycerz zakonny, którego imię niestety nie zachowało się do naszych czasów poczuł się znużony i zniechęcony tym co działo się w Państwie Zakonnym. Wojny, walki, mordy - wszystko to nie zgadzało się z jego widzeniem roli zakonu na tym terenie. Dręczony coraz większymi wyrzutami sumienia - sam brał przecież udział w dziele chrystianizacji Prusów - postanowił udać się na pieszą pielgrzymkę z Malborka do Fromborka. Jego celem była wybudowana w roku 1388 katedra fromborska. Ślubował, że w czasie całej liczącej około 60 km drogi powstrzyma się od jedzenia i picia.

    Początkowo wędrówka nie była nieprzyjemna. Rycerz oczywiście nie ubierał pancerza - wyglądał jak zwykły podróżnik. Trasa Malbork-Elbląg prowadziła terenem płaskim - są to przecież Żuławy. W Elblągu przeszedł przez Stare Miasto i Bramę Targową, wybudowaną w roku 1319 , następnie udał się w kierunku obecnej Bażantarni. Szczęśliwie ominęły go pokusy licznych kramów i straganów rozłożonych na elbląskim Starym Rynku.

    Ala za miastem podróżnik wszedł w potężne bukowe lasy, wzgórza i jary obecnej Bażantarni. Droga zrobiła się trudniejsza, niełatwo było określić kierunek marszu. Było dobrze po południu, gdy pielgrzym dotarł do obecnego Srebrnego Potoku. Stanął nad brzegiem i, niepomny na śluby, sięgnął ręką do wody aby zwilżyć sobie usta. Przypomniał swoje ślubowanie, ale było już za późno. Poczuł, że jego ciało zamienia się w zimny kamień. Kamień ten do dziś stoi w Bażantarni nad brzegiem Srebrnego Potoku. Możemy go obejrzeć wędrując czerwonym szlakiem - prowadzącym m.in. do Fromborka - między Mostkiem Elewów a Parasolem.

     

  • LEGENDA O PIEKARCZYKU
  • Jest to najbardziej znana elbląska legenda , całkowicie opierająca się na autentycznych zdarzeniach. W dniu 8 marca 1521 roku oddział krzyżacki niespodziewanie zaatakował Elbląg. Około godziny 8 rano Krzyżacy podeszli pod Bramę Targową. Zaalarmowani mieszczanie próbowali podnieść most zwodzony, ale w pośpiechu urwał się łańcuch i mostu nie udało się podnieść do końca. Napastnicy zerwali most i zbudowali kładkę przez fosę. Zdołali opanować dolną kondygnację Bramy Targowej, gdyż kołowrót opuszczający bronę w bramie również nie chciał działać prawidłowo. I tu do akcji wkracza nasz Piekarczyk. Uderzeniem łopaty przecina linę trzymającą bronę. Ta opada i odcina atakujących od miasta. Jednocześnie nadbiegają kolejni obrońcy. Krzyżacy rezygnują, nie mają dość sił na oblężenie W obronie Elbląga poległo 16 mieszczan, których uroczyście pochowano w dniu 9 marca. Król, Zygmunt Stary, nakazał wykuć w granicie i umieścić w Bramie Targowej wizerunki łopaty, która uratowała miasto. Sama łopata podobno jeszcze do XVIII wieku była „eksponowana” w Bramie Targowej. Dzień 8 marca był obchodzony jako święto miejskie do czasu pierwszego rozbioru Polski tzn. do roku 1772. Ale imienia piekarczyka, który uratował swoje miasto historia nam nie przekazała.

     

  • LEGENDA O POWSTANIU NAZWY TRUSO
  • Łodzie Wikingów dopłynęły w okolice jeziora Druzno i długo szukały miejsca na dłuższy postój. W końcu miejsce znalazło się i wylądowali. Zamieszkiwały tu całe gromady dzikich królików. Wojownicy biegali za nimi i wołali „truś, truś” i tak powstała nazwa Truso.

     

  • LEGENDA O POWSTANIU KWIDZYNA
  • Oddział krzyżacki wyprawił się nad Wisłę. W pobliżu pewnej osady został otoczony przez stado pasących się świń z dzwonami na szyi. Był taki ścisk, że rycerze zakonni nie mogli jechać dalej. Pachołkowie zaczęli więc rozpędzać stado kopiąc świnki i tłukąc je pałkami. Co kopniak to świnka „kwi”, a dzwonek na jej szyi „dzyń” i tak już zostało.

Właścicielem serwisu info.elblag.pl jest Agencja Reklamowa GABO

Copyright © 2004-2019 Elbląski Dziennik Internetowy. Wszystkie prawa zastrzeżone.