Małgorzata i Krzysztof Rojek są zawodową rodziną zastępczą od 2010 roku. W swoim domu gościli około czterdzieściorga dzieci. Najmłodsze miało rok i dwa miesiące, najstarsze - dziesięć lat. Jedne trafiały do nich z domu dziecka, inne z interwencji, jeszcze inne z historiami tak trudnymi, że długo nie umiały się nawet uśmiechnąć. Wszystkie otoczyli miłością i troską, bo dzieci „Przychodzą do mnie obce, a odchodzą moje” - podkreśla pani Małgorzata.
Kieszenie pełne ciasta, głowa pełna lęku
Dzieci, które przychodzą do rodzin zastępczych, nie przynoszą ze sobą tylko rzeczy. Przynoszą także lęk, napięcie i nawyki, które dla innych bywają niezrozumiałe. Chowanie jedzenia po kieszeniach, jedzenie na zapas, nieumiejętność proszenia, trudność z przyjęciem zasad, wycofanie albo przeciwnie - ciągłe sprawdzanie granic. To nie złośliwość. To ślady wcześniejszego życia.
- Niektóre dzieci nie wiedzą, że posiłek będzie też jutro. Nie wiedzą, że nie trzeba chować jedzenia na później. Że można powiedzieć, że się czegoś nie lubi. Że nie trzeba być cały czas w gotowości. Że nie trzeba czuwać, zabezpieczać się na zapas. Mieliśmy dzieci, które chowały ciasto do kieszeni, bo myślały, że może nigdy więcej już takiej dobrej rzeczy nie będzie. Albo jak coś im smakowało, najadały się tak bardzo, że w nocy bolały je brzuchy. Naprawdę ciężko się na to patrzy i bardzo chce się to zmienić, bo te zaniedbania to przecież nie ich wina - opowiada pan Krzysztof.
- To nie są rzeczy, które widać od razu w dokumentach, kiedy dziecko do nas trafia- dodaje pani Małgorzata. - Te sprawy wychodzą przy stole. W łazience. W przedszkolu. W zabawie. W spojrzeniu dziecka, które nie reaguje na upomnienie, tylko zamiera. Trzeba być bardzo uważnym i umieć czytać te znaki. Każde dziecko ma swoją historię i potrzebuje innego podejścia.
Dlatego najtrudniejsze bywa wprowadzanie zasad. Nie sztywnych reguł, tylko bezpiecznego porządku. Nie zawsze się to udaje od razu, ale dzieci potrafią być rozbrajające nawet wtedy, kiedy narozrabiają.
- Dwóch małych chłopców rozerwało mokre pampersy. To, co było w środku, rozsypało się po pokoju jak śnieg. Kto tego nie przeżył, ten nie zrozumie, ile chaosu potrafią zrobić dwa pampersy i dziecięca wyobraźnia. Ale dzieci nas kompletnie rozbroiły. Wyrzuciły wszystko z szafek i założyły sobie rajstopy na głowy, wyglądały jak małe zajączki. To chwile, kiedy człowiek już nie wie, czy najpierw się śmiać czy sprzątać. Ale nie da się na nich gniewać. - opowiadają ze śmiechem państwo Rojek.
Dom buduje się z zasad i czułości
W domu Rojków jest ośmioro dzieci, ale nie ma przypadkowości. Jest rytm.
- Dzieci lubią zasady - mówią zgodnie. - Ale potrzeba dużo cierpliwości, żeby je wprowadzić. Szczególnie na początku, kiedy nowe dziecko nie odstępuje nas na krok. Kiedy w pokoju jest spokojne, wystarczy, że ciocia albo wujek wstaną, a ono od razu biegnie za nimi. Nie chce zostać samo nawet na minutę. Ufa temu jednemu człowiekowi, który właśnie podał mu rękę.
Trzeba być cierpliwym. Nie ma tu cudownych metod. Jest obecność. - opowiada pan Krzysztof.
- Dzieci, które już są u nas w rodzinie, bardzo pomagają. Te starsze przypominają młodszym, zasady. Mówią, dlaczego niektórych rzeczy nie wolno robić. To zabawne, kiedy słyszymy własne słowa. One biorą z nas przykład, nawet kiedy bawią się lalkami. Udają ciocię i wujka, powtarzają zasłyszane zwroty. Naśladują. To znaczy, że coś w nich osiada, że jesteśmy dla nich ważni, że to my jesteśmy wzorcem zachowań.
Najwięcej emocji wnoszą do domu najmłodsze dzieci. Te, które nie pamiętają rodziców biologicznych. Dla nich ciocia i wujek stają się całym światem. Twarzami bezpieczeństwa. Głosem, który uspokaja. Rękami, które podnoszą. Ramionami, w których można zasnąć.
Taką dziewczynką jest Ola (imiona dzieci zostały zmienione).
- Przyszła bardzo mała, chora, wymagająca ogromnej uwagi. Budziła się co dwie godziny. Nie chodziła. Długo się nie uśmiechała. Dom ustawił się trochę pod nią. Kiedy spała, inne dzieci cichły. Kiedy trzeba było, wszyscy zwalniali. Najmłodsze dziecko często ustawia rytm całego domu, a jeśli przychodzi po doświadczeniach zaniedbania, potrzebuje go jeszcze bardziej. - podkreśla pani Małgorzata.
- Dziś Ola to mała dama z charakterem. Jest uparta, doskonale wie, czego chce i jak to wyegzekwować. Potrafi zakodować sobie najmniejszy przywilej i potem domagać się jego powtórki. Pije tylko z wybranego kubeczka. Wybiera książki z najwyższej półki, bo tylko te chce, aby jej czytano. Chce, żeby wszystko odbywało się po jej myśli. Ale jest wspaniała, bardzo ja kochamy. - śmieją się z czułością pan Krzysztof.
Już teraz państwo Rojek wiedzą, że rozstanie z Olą będzie bardzo trudne.
Łzy są, ale to łzy szczęścia
To pytanie wraca do nich często. Jak wy to robicie? Jak oddajecie dzieci? Jak można pokochać i pozwolić odejść?
- Jest płacz. Ale to raczej łzy radości i wzruszenia, że się udało. Że dziecko ma swoją szansę. Że będzie miało mamę i tatę. Czujemy stratę i jest nam smutno, ale jest też świadomość, że to dziecko będzie miało prawdziwy dom, na zawsze - przyznają rodzice zastępczy.
- Kiedy już wiemy, że dziecko będzie adoptowane, przygotowujemy je do tego. Tłumaczymy, rozmawiamy, oswajamy zmianę. Mówią jasno: ciocia i wujek to nie mama i tata. Kiedy nadchodzi ten moment, dziecko powinno już wiedzieć, co się wydarzy. Nie może być wyrwane z jednego świata do drugiego bez słów. I dlatego, kiedy przychodzą rodzice adopcyjni, dzieci często są gotowe. Potrafią powiedzieć „mamo”, „tato”. Potrafią wejść w tę nową relację bez dodatkowych trudnych emocji - przekonują.
Małgorzata Rojek opisuje to najprościej: - Cieszę się, że mogłam im pomóc. Że mogłam w tym uczestniczyć. Że teraz będą mieli jeszcze lepiej. Jak ten moment, gdy nowi rodzice słyszą „mamo” i „tato”, a człowiek czuje ścisk w gardle, ale wie, że właśnie po to to wszystko było.
Państwo Rojek mają świadomość, że dziś o adopcję jest trudniej. Że niektóre dzieci zostają w pieczy dłużej, niż powinny. Że są rodzeństwa, których nikt nie chce rozdzielać, ale niewielu chce przyjąć razem czworo dzieci. Że wokół adopcji krąży wiele lęków, szczególnie wobec najmłodszych dzieci po trudnych ciążach, po alkoholu, narkotykach, zaniedbaniach.
I właśnie dlatego Rojkowie mówią coś ważnego. Że starsze dziecko wcale nie musi być trudniejszym wyborem.
- Trzyletnie, czteroletnie dziecko rozumie już bardzo dużo. Widać, jak się bawi, jak reaguje, czego się boi, co lubi. Jako rodzina zastępcza nauczyliśmy już to dziecko wszystkiego, co na tym etapie rozwoju powinno umieć. Te dzieci bardzo czekają na dom i rodziców adopcyjnych - przyznają zgodnie.
Najważniejsze jest dziecko
W opowieściach o pieczy zastępczej łatwo wpaść w prosty podział: ci dobrzy i ci źli. U Rojków tego nie ma. O rodzicach biologicznych mówią ostrożnie, ale bez pretensji, bez dystansu.
- Jeśli ktoś jest spokojny, jeśli przychodzi z szacunkiem, jeśli nie gra dzieckiem przeciwko rodzinie zastępczej, bardzo chcemy współpracować. Dla dobra dziecka. Bo dziecko widzi wszystko. Widzi ton. Widzi spojrzenia. Czuje napięcie. My też chcemy, żeby ono wróciło do swojej rodziny, ale przede wszystkim musi być tam bezpieczne i mieć szanse na przyszłość.
- Niestety zdarza się też, że są rodzice, którzy nie walczą o dziecko, tylko walczą z rodziną zastępczą. Oczerniają nas, atakują. I z tym też musimy sobie radzić.
To nasi przyjaciele byli naszą inspiracją
- Nasi przyjaciele byli i są rodzina zastępczą, to oni pierwsi stwierdzili, że to może być też coś dla nas. Namówili nas na kurs, powiedzieli „idźcie, zobaczcie, jak wam się nie spodoba, najwyżej zrezygnujecie”. Ale my już po pierwszych zajęciach wiedzieliśmy, że zostaniemy. Usłyszeliśmy rzeczy, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Myśleliśmy, że skoro mamy swoje dzieci, to wiemy dużo. A to był zupełnie inny świat.
Dzieci po traumach, porzuceniach, zaniedbane albo wychowujące się bez bezpiecznych granic potrzebują wiele mądrości i cierpliwości. Czasem trzeba je uczyć od początku nie wielkich spraw, tylko tych najmniejszych, podstawowych. Jak jeść. Jak dbać o higienę. Jak znów zaufać dorosłemu.
W tamtym czasie mieszkali w trzypokojowym mieszkaniu. Ich córki były już duże. Jedna w klasie maturalnej, druga w gimnazjum. Rozmawiali z nimi długo. Czy zgodzą się podzielić pokojem, domem, rodzicami, codziennością. Zgodziły się. A potem wszystko potoczyło się szybko.
- Nasze dziewczyny zamieszkały w jednym pokoju. A do drugiego trafiła trójka dzieci.
Nie trzeba wielkiego domu. Nie trzeba wielkich pieniędzy. Trzeba otworzyć serce i zgodzić się na to, że przyjdą dzieci z bagażem większym, niż powinny mieć na swoim wieku.
- Zaczęliśmy szukać większego mieszkania, może domu, dopiero kiedy trafiło do nas rodzeństwo 4 dzieci (trzech chłopców i dziewczynka), które były już dosyć duże. Wiedzieliśmy, że może nie być chętnych na adopcję, więc musimy zmienić mieszkanie na większe, żeby mogły z nami zostać do pełnoletności. Zdążyliśmy się przeprowadzić, a do rodzeństwa uśmiechnął się los i znaleźli się rodzice, którzy zabrali całą czwórkę. A skoro my mieliśmy już więcej miejsca, to mogliśmy wziąć więcej dzieci. Nie da się wszystkiego zaplanować - opowiadają.
Co zostaje
Kiedy pytam, z czego w tej roli czerpią satysfakcję, pani Małgorzata odpowiada - z codzienności.
- Kiedy dzieci rano wstają uśmiechnięte. Kiedy idą do łazienki myć zęby, każde wie, co ma robić. Kiedy ta rodzina zaczyna żyć, to ja jestem najbardziej szczęśliwa. Wiem, że to będzie dobry dzień. Obecnie mamy w domu 6 dziewczynek. Każdej z nich zaplatam rano warkocze. To jest dużo pracy, ale ja to uwielbiam. Lubię im kupować te same ubranka. Dzieci są ubrane tak samo, ale każde z nich widzimy osobno, bo każde jest inne. Ze swoimi emocjami. Z potrzebami. Z lękami. Staramy się do każdego podchodzić indywidualnie. To nie jest łatwe, ale one na to zasługują. Przychodzą do mnie dzieci obce, a odchodzą moje - mówi Małgorzata Rojek.
I trudno o prostsze, piękniejsze wyjaśnienie, czym naprawdę jest rodzicielstwo zastępcze.
Elbląskie Centrum Usług Społecznych poszukuje kandydatów na rodziny zastępcze.
Zgłoś się: 780 191 899, 55 625 61 22.
Rodziny zastępcze w Elblągu są dodatkowo wspierane w ramach projektu Moc Rodziny. Rodzice uczestniczą w szkoleniach i otrzymują specjalistyczne wsparcie, a dzieciom i młodzieży ECUS zapewnia pomoc specjalistów, wsparcie w nauce oraz wyjazdy integracyjne.









